Z życia kadeta: Dzień 0

Z życia kadeta: Dzień 0

W zasadzie to już teraz jest dzień pierwszy, jednak to niemal całkowicie tylko przeloty, więc nie traktuję go jako część kursu. Nie mniej jednak w obecnych czasach nawet lot samolotem jest ciekawy, więc oto jest – Z życia kadeta, dzień 0!

Grecja wita – teraz mogę tak już oficjalnie powiedzieć. Mimo obostrzeń, konieczności robienia testów i wypełniania dokumentów, przebookowywania lotów, czy zmian na ostatnią chwilę odnośnie charakteru kursu, udało się. Siedzę już w Grecji i sączę herbatkę, pisząc wstęp do tego tekstu (tworzony na bieżąco podczas reszty dnia) na greckim WiFi. Chwilami wątpiłem w to, że ten moment nadejdzie, ale gdy już do mnie dotarło, że to się dzieje, to nie było odwrotu. Tak więc spakowałem się, czule pożegnałem z rodzicami i kotami i ruszyłem. Mam jednak wrażenie, że jeszcze nie wiem w co się pakuję.

Jak się teraz lata?

Zanim zacząłem kurs, musiałem się jakoś dostać do Grecji. Nie jest to może taki wyczyn jak 20 lat temu, ale w epoce koronawirusa nie jest to takie łatwe. Najważniejsze dwie rzeczy to ograniczona liczba lotów, oraz niezbędne dokumenty wjazdowe. Tak jak Polska ma karty lokalizacyjne, tak i Grecja ma PLF (Passenger Location Form). Dodatkowo należy przedstawić negatywny wynik testu na COVIDa, nie starszy niż 72 godziny. Tu zaczyna się schodek, bo w jednym miejscu na stronie greckiego MSZ widnieją 72 godziny, a kilka zdań niżej już 48 godzin. Z tego powodu pracowniczka KLMa zaprosiła mnie wcześniej do Gate, żeby się upewnić, czy mogę lecieć. Na moje szczęście mogłem.

Jak wspomniałem wyżej, leciałem KLMem. Pierwotny plan zakładał Ryanair z Gdańska do Aten, a później Aegean do Kavali. Zmianie nie uległ tylko ostatni odcinek. Najpierw Ryan zrezygnował z lotów GDN-ATH. Zabookowałem więc miejsca z Modlina do Aten. Lot odwołany jakoś pod koniec października. Zmieniłem więc na SASa z Gdańska przez Kopenhagę i w Atenach planowa przesiadka w Aegean. Niestety poranny SAS również został odwołany i pozostał mi tylko KLM. Na szczęście na Holendrach można polegać, zwłaszcza że poranny ostatnio lata prawie pełen. Dziwię się więc dlaczego wrócili do E190 zamiast B737, ale jak widać, tak im się bardziej kalkuluje.

Mam za sobą kilka pierwszych razy. Pierwszy lot KLMem, pierwszy raz w Amsterdamie, pierwszy lot Embraerem i pierwszy lot tranzytowy. Ba, nie miałem wcześniej nawet zwykłych przesiadek. Ot tak się złożyło, że wszędzie gdzie chciałem, dało się albo dojechać w sensownym czasie, albo z jakiegoś lotniska w Polsce można było tam dolecieć bezpośrednio. Nawet do Ammanu leciałem bez przesiadek.

Zimne kolana

Do sedna. Przełom listopada i grudnia jest zazwyczaj zimny. Nie inaczej było 30. listopada roku pańskiego 2020. Terminal w Gdańsku nie jest najcieplejszym obiektem na Pomorzu i można to odczuć jako pasażer. Gdy wychodzi się z płyty, jest miło i ciepło, bo na zewnątrz jest koło zera i stanie tam godzinę sprawia, że nawet w chłodni jest człowiekowi gorąco. Nie mówię od razu że jest tam zimno, ale po godzinie założyłem ponownie kurtkę. W rękawie tradycyjnie lodówka, ale przywykłem do tego i powiew dworu nie robi tam już na mnie wrażenia.

To co mnie uderzyło, to sam Embraer KLMa. E190 jest fakt, wygodny i ma duże okna, ale w moim odczuciu, siedząc na silniku, ciszej i spokojniej jest w 737-700 niż tam. Długi Embek, w moim odczuciu, jest zaskakująco głośny i dość mocno przenosi wibracje. Dodatkowo jest tam zimno, wystarczająco żeby w locie do Amsterdamu zmarzły kolana. Oczywiście serwis pokładowy nie zawodzi, a i sama linia trzyma poziom. W końcu to KLM.

Na lotnisku Schiphol pod Amsterdamem nie rozgrzałem się. Pirs D jest niemal pusty i strasznie zimny. Trochę walczyłem ze sobą żeby nie zmarznąć. Okazuje się, że w Holandii też potrafi być koło zera stopni i mgła. Kto by pomyślał? Tak czy inaczej, kurtkę zdjąłem dopiero podczas wznoszenia do Aten, gdy słońce zaczęło wpadać przez okno. Akcję z testem na COVID już znacie. Co ciekawe, samolot którym leciałem, czyli Boeing 737-700 PH-BGW, to ten sam 737, którego miałem okazję obsługiwać w Gdańsku jakieś trzy tygodnie temu.

Wio! Do Aten!

Dlaczego właśnie lotnictwo? Odpowiedź nasuwa się sama tuż po starcie z Amsterdamu. Od startu z Gdańska jest ciemno i pochmurno. Fakt, lecąc do Amsterdamu, jestem nad chmurami, ale ścigamy noc i ląduję o świcie na Schiphol. Świt jest mglisty, z przelotną mżawką i nieznacznie na plusie. Do tego ten zimny pirs i kwestia papierów. Ale gdy Boeing 737-700 wzbił się w chmury, poczułem ulgę, że to wszystko zostaje za mną i teraz będzie już tylko lepiej. Ukoronowaniem tego momentu jest wylot z chmur. Warstwa ciągłego, białego Stratocumulusa ciągnie się po horyzont niczym lodowiec. Ponad nim idealnie czyste niebo i jasne słońce. Od razu na pokładzie robi się cieplej. I właśnie dla takich momentów chcę to robić.

Ateny przywitały mnie, wbrew prognozom, brakiem deszczu, lekkim wiatrem i oszałamiającą temperaturą 16 stopni. Nie powiem, brakowało mi tego. Okres od października do marca jest w Polsce mega depresyjny, co zresztą wiecie. W tym roku też lato, przynajmniej na północy, było takie sobie. Dlatego skok z zera do 16 stopni mocno cieszy.

Czas przestawić się na czas grecki (zimą UTC +2, latem UTC +3) i na myślenie po angielsku. Poza okazyjnym pisaniem tutaj i rozmowami ze znajomymi, to właśnie angielski jest językiem użytkowym. No, nie oszukujmy się, nie mówię biegle po grecku.

Kolejny przystanek – Kavala. Na trasę planowany jest mały pierdziak, czyli ATR42. Życzcie mi powodzenia.

Przedstawione na blogu treści są prywatnymi opiniami i nie są oficjalnym stanowiskiem żadnej z firm z którą współpracuję, bądź współpracowałem. Oznacza to, że zawarte tu treści nie są stanowskiem firm Welcome Airport Service, Wizzair, czy Egnatia Aviation.

One thought on “Z życia kadeta: Dzień 0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *