Z życia kadeta: Dzień 1

Z życia kadeta: Dzień 1

W życiu każdego następuje punkt zwrotny, coś co kieruje nas na docelowy tor. Dla mnie ten punkt zwrotny nastąpił na początku roku i właśnie dziś ten docelowy tor się zaczyna. Z życia kadeta, czyli pierwsza seria na blogu, Dzień 1 – Kavala.

Ten tor nazywa się kokpit, a stacja początkowa to Kavala. Greckie miasto położone na północnym wschodzie kraju, rzut beretem od Chalkidiki, niecałe dwie godziny jazdy do Salonik i kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Bułgarią. Do Turcji też nie jest daleko. Trzy największe zalety tego miejsca to Morze Egejskie, klimat i Egnatia Aviation – mój dom przez najbliższe półtora roku.

Port stołeczny

W Grecji, podobnie jak wszędzie, jest teraz pandemia COVID-19. Druga fala, mówiąc dokładniej. Nie jest to dobra wiadomość chyba dla nikogo. Choć z drugiej strony, w moim przypadku, jeśli COVID już musiał się pojawić, to trafił na idealny moment. Pół roku w jedną czy w drugą stronę i pewnie przyszłość by mi legła. A na pewno miałbym po najlepszych wakacjach życia, koncercie na który czekałem prawie dekadę, a do tego najpewniej Screeningi poszły by się… no.

Tak czy inaczej, dotarłem do Kavali. Odcinek Ateny-Kavala to jedyny podczas którego nie zaklepałem miejsca przy oknie. Ale strata mała, bo północnej i centralnej Grecji jeszcze się naoglądam. Do tego ATR, więc strata tym mniejsza. Samo lotnisko w Atenach jest dość… prymitywne. Choć powstało od podstaw niecałe 20 lat temu, to zaprojektowane jest w stylu typowym dla Grecji. Jeśli chodzi o układ budynku i rozwiązanie systemu check in-security-gate to jest ono żywcem wzięte z amerykańskich, albo zachodnioeuropejskich lotnisk z czasów takich klasyków jak DC-9, B727 czy A300. W skrócie, niskie stropy, mało okien, dużo chodzenia, ale w miarę możliwości wszystko na jednym poziomie.

Witamy w Kavali

Kavala wita mnie chmurami, ale bez opadów. Jest chłodno, koło 5 stopni. Lądowanie pierdziakowatym ATRem 42 z Aten jest nieco turbulentne, ale dość miękkie. Swoją drogą, ATRy mają niespodziewanego kopa przy starcie. Wciskają w fotel jak dobry turbowentylator. Tak czy inaczej, niecałą godzinę po starcie, jestem w Kavali. Z lotniska już tylko skok w taksówkę i jesteśmy na miejscu.

Pierwszy dzień w Egnatii to tak na prawdę nauka platformy do nauki zdalnej, oraz trwające około półtorej godziny wprowadzenie do kursu. Całość była nieco krótsza niż planowano. Dla mnie nawet lepiej, bo mogłem poznać się z moim współlokatorem. Nie mogłem także odpuścić opcji poznania okolicznych kotów. Mam jednak wrażenie, że to raczej one poznały mnie. Tak czy inaczej, od jutra zaczyna się trwające tydzień przypomnienie z matematyki i fizyki, które zakończy się w najbliższy wtorek sprawdzianem. Od środy (9.12) zaczynam właściwe szkolenie, które rozpocznie się… meteorologią!

Jetlag?!

Może zabrzmi to dziwnie, ale między Polską a Grecją można złapać jetlag. Nie jest on kosmiczny, jeśli trzeba jechać zwiedzać Knossos, czy leżeć na plaży, ale gdy trzeba wstać o 6 czasu miejscowego, to w Polsce jest 5:00. Dodatkowo jest północ czasu miejscowego, a tobie nie chce się spać, tylko pisać w internetach. To taka nadplanowa zmiana czasu na letni. Ale spoko, w marcu będzie przecież kolejna zmiana czasu. Bo czemu nie?

Gdzieś kiedyś czytałem, że aby dostosować się do nowej strefy czasowej, potrzeba po jednym dniu na każdą godzinę różnicy plus jeden dzień jako stratny. Czyli jeśli zmienimy strefę czasową o osiem godzin, to w teorii potrzeba 9 dni żeby się dostosować. Nie wiem ile w tym prawdy, po prostu kiedyś gdzieś tak przeczytałem. Idąc tą teorią to stratny dzień był niby dniem zero, a dziś mam dzień aklimatyzacji czasowej. Czyli niby od jutra wdrożę się w czas EET. Zobaczymy.

Przedstawione na blogu treści są prywatnymi opiniami i nie są oficjalnym stanowiskiem żadnej z firm z którą współpracuję, bądź współpracowałem. Oznacza to, że zawarte tu treści nie są stanowskiem firm Welcome Airport Service, Wizzair, czy Egnatia Aviation.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *