Z życia Kadeta: Dzień 11

Z życia Kadeta: Dzień 11

Współlokator się dziś przewietrzył, ja dostałem identyfikator i nadal nie puściłem kuchni z dymem. Wiem nieco więcej o ISA, QFE czy VSI. Z lokalnych uwag – Morze Egejskie żyje własnym życiem i nieco przeczy polskiej logice. Dodatkowo, nie można polegać na radarach pogodowych w Grecji. Tak w skrócie minęło kolejnych kilka dni z życia kadeta.

Rzeczy zaczynają się dziać bardzo pomyślnie. Robi się coraz mniej licealnie, a coraz bardziej lotniczo. Zdałem egzaminy wejściowe (choć nie mają one większego znaczenia w kontekście kursu) i można na spokojnie zacząć się uczyć latania. Po krótkim wstępie do meteorologii (spokojnie, będzie jej jeszcze sporo), doszły instrumenty, głównie te podstawowe. Na pierwszy ogień poszły wysokościomierz i wariometr. Będąc w temacie pogody, w ostatnich dniach była różna. Po ulewach w czwartek i sztormowej środzie, mamy piątek pod znakiem zbliżającego się frontu ciepłego. Ale nie znaczy to, że będzie ładnie i słonecznie.

Matka, mielone rób! Zdałem!

Pierwsza wjazdówka zaliczona. Rozbite na dwa dni egzaminy z angielskiego, matmy i fizy na poziomie wymaganym do ATPL. Nie jest to jakiś kosmicznie wysoki poziom, ale sporo pozapominałem. Takie przypomnienie, nawet pod lekkim przymusem, to dobra rzecz, zwłaszcza że liczenia będzie w najbliższym czasie sporo. Żeby było ciekawiej, próg zdawalności to 75%. Nie ma więc jak na maturze – 30% i nara, masz papier. Pilot nie może się walnąć w konwersji ciśnienia, tylko dlatego że nie uwzględni temperatury. Były oczywiście takie sytuacje w przeszłości, że samoloty rozbijały się z powodu podstawowych braków wiedzy u pilotów. Żeby temu zaradzić, EASA wymaga 75% poprawnych odpowiedzi, żeby zdać. Tak więc, matka, zdałem! Mielone rób!

Odnośnie mielonych, kuchnia nadal istnieje. Nie spłonęła mimo mojego podejścia do gotowania. Jest ono zupełnym zaprzeczeniem tego, kim powinien być pilot. W skrócie: „Oho, to mamy, to też, to może spoko smakować, jebut solą i majerankiem i gotowe!” Póki co działa, sczyściło mnie tylko raz, ale zakładam że to bardziej mieszanka kawa sypana+cukier+mleko.

Z rzeczy prywatnych, to po okresie słabej pogody, mój współlokator z jednej z wcześniejszych grup, wreszcie się przewietrzył. Wziął Diamonda SX-AET na dwugodzinny spacer po okolicach Dramy (tak, jest niedaleko Kavali miasto Drama), Seres, góry Pangaion i wyspy Thassos. Pamiętajcie przy okazji – greckim radarom pogodowym nie można ufać. Jeśli jesteście w rejonie Aten, Salonik, Larissy czy Patry, to spoko. Więcej niż 100 km od tych miast radary nie łapią. Przykład? Proszę bardzo! Ulewa w Kawali, trwała dobre dwie godziny, rzeki na ulicach, lało się jak spod prysznica. Na radarach co? Piękny brak opadów!

I am the cool guy now

Ten moment, kiedy nie jesteś fajnym kolesiem w klasie. Znacie to pewnie, prawda? Cóż, przynajmniej ja znam. W każdej klasie, niezależnie czy jest to grupa na studiach, liceum czy podstawówka, zawsze jest tzw. fajna grupa. Najczęściej to skaterzy, bikersi, gimboraperzy czy koszykarze. Nie inaczej było u mnie i, co chyba łatwo zgadnąć, nie byłem nigdy częścią tzw. fajnej ekipy. Czasami to przeszkadzało, ale rzadko. Po skończeniu danej szkoły po prostu ten fakt znika z pamięci jako nieistotny. Są jednak momenty w życiu, kiedy możesz wreszcie powiedzieć „I am the cool guy now”. Mój taki moment właśnie nadszedł!

W czasie gdy te „fajne chłopaki” z gimnazjum czy liceum skończyli jako robole na budowie, osiedlowa dresiarnia, a co szczęśliwsi, robią w wypożyczalni samochodów, ja prasuję sobie świeżo odebrany mundur z pierwszym w życiu paskiem! Egnatia Aviation ma w procedurach taki zapis, że każdy świeży kadet od razu zaczyna z jedną belką. Po locie samodzielnym przydzielane są dwie belki, oraz skrzydła. Po dostaniu się do linii lotniczej i otrzymaniu pozycji pierwszego oficera, mamy trzy belki, a jako kapitan cztery.

Obowiązkowe selfie przed szkołą i z AT-3 w tle musi być!

Dłużej niż prasowanie świeżej koszuli (więc ostrożne i dokładne) zajęła mi… nauka wiązania krawata! Niby są tutoriale w internecie, ale z dobre 20 minut zeszło mi na poprawne zawiązanie. Znaczy, w miarę poprawne, bo musiałem potem dwukrotnie poprawiać długość krawata. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, bo nie musiałem. Tu się nagle okazuje, że krawat można nie tylko prać, ale i prasować! Dla Was to może być oczywiste, dla mnie już nieco mniej.

Jeśli pogoda w weekend będzie dobra, to się gdzieś przejdę. Ile można siedzieć i się uczyć? Zwłaszcza że morze kusi. Swoją drogą Morze Egejskie żyje własnym życiem. Zero wiatru, zero deszczu, a w czwartek było wzburzone jakby wiało z 7-8 w skali Beauforta. Oczywiście wiem, że spowodowane było to sztormem kilkadziesiąt kilometrów na południe, jednak nie dziwię się starożytnym, którzy chyba słusznie rozdzielili funkcje Boga mórz od Boga wiatru. Nad Bałtykiem to wręcz nie do pomyślenia, żeby w bezwietrzny dzień morze było wściekle wzburzone. Tutaj, jak widać, takie rzeczy się dzieją.

Przedstawione na blogu treści są prywatnymi opiniami i nie są oficjalnym stanowiskiem żadnej z firm z którą współpracuję, bądź współpracowałem. Oznacza to, że zawarte tu treści nie są stanowskiem firm Welcome Airport Service, Wizzair, czy Egnatia Aviation.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *